Ja jestem typowym skowronkiem. Wstaję koło 6 i od rana mam energię: gadam, coś ogarniam, rozwlekam poranek na milion mikro zadań.
Do południa wypijam ze trzy porządne kawy, dlatego już pod wieczór składam się głównie z niej i z nienawiści do całego świata. Kończy mi się paliwo i po dobranocce mam już całkowity zjazd
Przez to mam na koncie setki przespanych filmów, przespane dwa seanse w kinie, przejechane przystanki i powroty z ostatnich stacji metra. Śpię wszędzie: w samochodzie, w pociągu, w samolocie kiedy ten jeszcze stoi na płycie. Przy zapalonym świetle, przy rozmowach, przy muzyce czy przy "jadących czołgach". Śpię jak kamień. Przez lata moim koszmarem było dotrwanie do północy w Sylwestra. Po 30-tce zaczęłam mieć tak wy*jebane na ten dzień, że wreszcie go spędzam dokładnie tak, jak pozostałe 364 dni w roku
Mój mąż z kolei jest nocnym markiem - kiedy ja rano zdążę zrobić już zyliard rzeczy, on dopiero wychodzi do kibla na godzinę
Jego mózg zaczyna wchodzić na drugi bieg, kiedy mi się zaczynają wyczerpywać bateryjki. Natomiast jak już ruszy, to naparza do 1 w nocy i kładzie się wyłącznie z rozsądku. Wstaje wcześnie, ale rozruch ma przepotwornie długi.
A jak jest u Was? Bliżej Wam do skowronka czy do nocnego marka?
Nie chcę nikogo wykluczać, ale mam wrażenie, że w przypadku rodziców tryb dnia często dyktują dzieci, a nie własne potrzeby - więc pytanie kieruję głównie do bezdzietnych, ale oczywiście każdy głos mile widziany ;)